Sangha Dogen Zenji

Jestem początkujący (mondo) – Mistrz Kaisen

październik 2011, sesshin pod Warszawą (Przypki)

  PytanieCzy jak coś robię, to jestem – można powiedzieć – przywiązana do tego?

Mistrz Kaisen: Nie, nie, nie, nie. Jeśli jesteśmy do czegoś przywiązani i tracimy tę rzecz, to wtedy cierpimy. To jest przywiązanie. Możesz się przywiązać do miski rano jak jest śniadanie – to nie jest problem, ale jeżeli jesteś w pracy i nie możesz się skoncentrować, bo myślisz o swojej misce, to już jest problem. Brak przywiązania oznacza nie nosić ze sobą rzeczy, które nie mają nic wspólnego z tym, co teraz robię… Co jeszcze mogę wymyślić?… Wszystko powiedziałem. Następne pytanie?

  PytanieJa mam pytanie, jestem początkujący.

Ja też. [śmiech]

  PytanieAnalizuję sobie pewną myśl, tak jak Mistrz mówił, że… I ona znika, prawda? I jest taki stan, że już nie ma tej myśli i zastanawiam się, czy to jest na zasadzie takiej rosyjskiej babeczki w babeczce, czy to, co teraz znowu jest, czy to znowu mam obserwować i to zniknie, czy to tak jest w nieskończoność i kiedy już jestem sam i kiedy nie?

Kiedy?

  Pytanie: No właśnie nie wiem, pytam.

Kiedy masz takie myśli, analizujesz?

  PytanieKiedy siedzę w zazen. Jest jakaś myśl i ja sobie na nią patrzę, no i ona się skończyła i jest taki moment, że już nie ma tej myśli. No i co teraz?

Nic.

  PytanieCzy to już, nie wiem, znowu mam to obserwować, czy jak to wygląda?

Nie, nie, nie, nie, nie – nie słyszałeś? Przestań gadać cały czas. Jesteś prawdziwym młynem. Nie słuchasz w ogóle, co mówię. Nie trzeba myśleć podczas zazen, trzeba się skoncentrować na oddechu. A jeszcze mniej analizować. Dlatego spytałem kiedy analizujesz. Zazen nie ma z tym nic wspólnego. Nie ma obserwatora, nie ma nikogo, kto by chciał zrozumieć coś. Że myśl się pojawia, to bardzo dobrze. Nawet na nią nie trzeba uważać, niech sobie odejdzie. Nie ma tam nic do zyskania w zazen. Ani żadnej mądrości, ani żadnego poznania, ani żadnej inteligencji do rozwijania.

  Pytanie: No to jeszcze jedno pytanie mam, jeśli mogę. Próbuję zrozumieć, kiedy jest już ten zazen, prawda? [gromki śmiech na sali] Jeśli dobrze myślę, chociaż nie powinienem myśleć, ale… Jest stan, kiedy już nie mam tych myśli, sobie tak siedzę i patrzę: nie ma tych myśli, to już jest to doświadczenie?

Jesteś bardzo sympatyczny, szczery i odważny. Mimo, że się wszyscy śmieją, kontynuujesz. Super, super. Zazen nigdy się nie zaczyna, ani nie kończy. Mówię to, żebyś nie myślał, że zazen to jest coś specjalnego, że jak się ustawisz w pozycji, po jakimś czasie pojawi się zazen. Po pierwsze: trzeba usiąść bez celu. Po drugie: trzeba usiąść porządnie – kręgosłup prosty, ręce jak trzeba, oddychać jak trzeba. Dzwonek? Już się skończył zazen, kiedy on się zaczął? Nie ma stanu w zazen, żadnego, żadnego stanu do oczekiwania czy realizowania, to jest po prostu – ty w sobie uspokajasz wszystko, przestaniesz iść od myśli do myśli.

  PytanieDziękuję. Ale to też jest chyba taki jakiś stan? Prawda?

Który?

  PytanieNo właśnie taki, ten, o którym Mistrz teraz mówi, że stan, że to wszystko tak mija szybko niby, siadam w zazen, nie ma zazen, ale to też jest jakiś stan. No jakiś stan, jesteśmy ludźmi i jesteśmy w pewnym stanie.

To opuścić trzeba ten stan. Są różne stany, poprawiasz kręgosłup – jest stan, poprawiasz tu – jest stan, poprawiasz ręce – stan, wdech – jest stan, wydech – jest stan. Nie zatrzymuj się nigdzie. Idź od odczucia ciała do odczucia, oddech po oddechu i nie przywiązuj się do niczego, i nie myśl, że jesteś w dobrym stanie, zostaw myśli na bok.

  PytanieDziękuję, będę próbował. [śmiech]

Trzeba być jak rzeka. Rzeka, która płynie i nigdy się nie zatrzymuje. Ona nie wie, co robi, są nieraz kamienie, nieraz błoto przychodzi, nieraz uderza w brzegi, nieraz wpada w szersze czy węższe koryto. Ona staje się oceanem, ona cały czas płynie, nie zatrzymuje się na żadnym stanie. Jeżeli się zatrzymujesz, to będzie taka kałuża, takie jezioro, taki staw, pełno błota i będziesz tylko czekać, i umrzesz. Cały czas jest ten ruch, nieprzywiązywanie się do niczego, bycie tu i teraz, za tym, co się dzieje. Nie trzeba zatrzymywać myśli, szukać czegoś, nie odrzucać też tego, co przychodzi, przychodzi i odchodzi. Być wolnym od wszystkich swoich stanów wewnętrznych. Rozumiesz?

  PytanieMyślę, że kierunek obrałem i to jest fajne.

No, rozumiesz, ale o tym nie wiesz jeszcze, to się pojawi. [śmiech]

  PytanieMistrzu, czy dobra rada to jest intencja, czy to jest już nauka? Chodzi mi o to, że często w rozmowach, no między nami tutaj, w społeczności, czasami trzeba komuś pomóc i intencją tego jest sama pomoc, i musimy skorzystać z nauki. I często bywa tak, że niejedna osoba rozumie to już jako naukę, czyli ten, który chce pomóc robi się wtedy taką osobowością dominującą. I teraz tutaj Mistrz właśnie podjął wcześniej taką wypowiedź na temat intencji. Ta osoba może być poruszona tym, że ja chcę pomóc, ale muszę się podeprzeć wiedzą, nauką Buddy, natomiast osoba słysząca to z boku odbiera to jako awers, że – krótko mówiąc – wymądrzam się. No więc ta osoba, która słucha, czy ona ma karmę dobrą w stosunku do nas wszystkich, czy złą?

Nic nie zrozumiałem, ale spróbuję odpowiedzieć. Ja nie mam żadnej intencji w pomaganiu komuś, absolutnie nie. Nawet w tym sensie, że jak przyjeżdżam na sesshin, nie mam nawet napisanych żadnych nauk. Siadam w zazen i nie myślę o niczym, ale na pewno coś się odbija od waszego serca do mnie podczas zazen. Kiedy opuszczam później dojo i spontanicznie idę pisać, nie wiem dla kogo, ale ktoś na pewno tego potrzebuje albo wszyscy, nie mam żadnej intencji specjalnej, ani żeby błyszczeć moją wiedzą, ani żeby ludzie mnie kochali, bo mam super nauki. Miałem to kiedyś, pewnie, że miałem.

  PytanieAle de facto jak Mistrz nawet jest tutaj obecny, z nami, no to jest to dobrą intencją.

Ani dobrą, ani złą. Jestem tu, bo mnie zaprosiliście na przykład. Ja do was nigdy nie dzwonię: „To zorganizujcie mi sesshin, zróbcie go dla mnie”. Odwrotnie, nie chcę nigdy przyjechać, mam zawsze złe intencje. [śmiechowi Mistrza wtóruje śmiech na sali]

Myślę, że nikomu nie pomagając, inaczej mówiąc: nie chcąc nikomu pomagać, będąc całkowicie obecnym w tym, co się robi, to się wszystkim pomaga, nieświadomie. Ja nie wiem, komu pomagam i nawet nie chcę wiedzieć, i nie chcę z tego powodu zasług żadnych, to nie jest moja sprawa. Ja nie wiem, kto we mnie pomaga komu, nie jestem świadomy tego w ogóle. Ale każdy tworzy swoje doświadczenie. Po długich latach duch się uspokaja, już nie chce nic pokazać specjalnego, niczego nie szuka, jest tylko tu i robi, co ma robić. Absolutnie nie przywiązany do tego, co powiedział. Robię konferencję, odchodzę, zapominam wszystkich nagle, już nie mogę sobie przypomnieć, kto był na konferencji, mnie to nie obchodzi, zniknąłem.

  PytanieOk, ale stąd wyjdziemy i idziemy w życie, które jest teraz i na zewnątrz – tak można powiedzieć – i trzeba mieć jakąś formę odniesienia.

Nie idziecie w życie.

  PytanieNo jesteśmy cały czas w życiu.

Nie! Jesteście życiem – Wy – a nie jesteście w życiu. Różnica jest wielka. To jest jak czas, ludzie gonią za czasem i nie wiedzą, że oni są czasem, bo bez nich nie ma czasu. Jeżeli umrzecie, już czasu nie ma. Więc to jest to samo. Życie, czas, krok za krokiem, nie czas za czasem, nie życie za życiem. Kiedy jesteście całkowicie obecni w każdym momencie, możecie robić dziesięć tysięcy rzeczy bez problemu. Nie chodzi o to, żebyśmy nic nie robili, tylko żeby to robić krok za krokiem. Kiedy jestem w moim pokoju, to nie jestem w dojo, a kiedy jestem na korytarzu – nie jestem ani w dojo, ani w pokoju i nie myślę o dojo, po prostu kroki mnie prowadzą naturalnie. Ja wiem nieświadomie, gdzie idę. Jak idę do piekarza, to nie pójdę do szewca czy do krawca.

  PytanieNo zgadza się, ale przepraszam, że użyję takich słów, przynajmniej ja tak to odbieram, że jeżeli nic nie zrobię na zewnątrz, będzie to postawa egoistyczna.

Nie, przecież przed chwilą mówiłem, że mamy robić dziesięć tysięcy rzeczy.

  Pytanie: No ja rozumiem, tylko że mi chodzi o to w tej chwili, że podejście stricte zazen na zewnątrz nie przynosi efektu, bo naszym życiem jest to, żeby budzić innych ludzi, bo sam Mistrz powiedział, że w Japonii tradycja zazen podupada. Tradycja przyszła do Europy i stąd chcielibyśmy dotrzeć do tych ludzi, więc w jakiś sposób trzeba tę postawę, którą tutaj ćwiczymy, uzewnętrznić.

Po pierwsze nic nie ćwiczycie tutaj, więc nie bierzcie tego zazen z wami na zewnątrz, zostawcie go tu i żyjcie życiem normalnym, nie chcąc się wyróżniać od innych. Jak jestem pomiędzy ludźmi na wsi, czy tam u mnie, ja w ogóle nie myślę, że trzeba im pomóc, nie myślę, że jestem mnichem. Jestem jak oni, nigdy o tym nic nie mówię. Mam takiego kolegę, który jest robotnikiem. On 6 lat gra w taką grę ze mną, dwa razy w tygodniu, cały rok. Ani jednego słowa nie zamieniłem z nim o zen. On nie po to przychodzi, on przychodzi grać – gramy. Nie chcę go zmienić. Ma dużo problemów, ale też nie zadaje mi żadnych pytań, żeby wyjść z tego. Ja mu nic nie mówię i gramy.

  PytanieNo ale może zapytać?

Może, ale może nie spyta, do końca życia. Nie powinniśmy nic nosić w sobie. Żadnej inteligencji, wiedzy, satori, jakiegoś oświecenia, i nikt nie powinien nawet tego widzieć u mnie. Wy może widzicie coś, bo praktykujecie, ale na ulicy nikt nie wie, kim jestem, jestem normalnym człowiekiem. Idę do baru, tamten nie robi mi gassho i nieraz mi źle odpowie, – „Proszę kawę” – „Nie mam czasu!”. Nic nie powiedziałem i to jest normalne, i nie mówię sobie: „o głupiec, gdyby robił zazen to by… Muszę go zmienić!” Nie, nieważne, nie ma tu ego. Rozumiem, jest zdenerwowany, cierpi, zostawiam go, nie dodaję więcej ognia do jego cierpienia, akceptuję. Nasza praktyka jest akceptacją – nie polega na tym, żeby zmieniać innych, ale akceptować wszystkie sytuacje, bo nasi wrogowie są naszymi przyjaciółmi – rozwijamy cierpliwość i opuszczenie samego siebie, swojego ego. Przyjaciele mnie wznoszą do nieba, aaa – jesteś wielki, a wróg odwrotnie – pach w łeb i takie oooo! Dziękuję bardzo, wrogu. Życie codzienne jest doskonałe samo w sobie, to jest jedyna perła, w tej jednej perle są różne kolory, różne cierpienia ludzi, różne stany. To sprawia, że ta perła jest super. I każdy idzie w swoją stronę. Jeżeli człowiek ma zamiar kontynuować zabijanie, to niech zabija do końca, w jakimś momencie przestanie i stanie się Buddą, itd. Nie można osądzać. Właśnie żyjemy pomiędzy ludźmi. Wszyscy chcą pewnego szczęścia, jak mówił Dalajlama, wszyscy gonią za tym, tylko że nieraz gonią w złym kierunku. Zawsze daję ten przykład, już od trzydziestu lat, zanim Dalajlama się urodził, [śmiechy] to znaczy zanim słuchałem jego nauki. Bandyta też szuka szczęścia, na przykład chce mieć dobrą kobietę, piękną, chce jej dać wielkie szczęście, też chce coś od niej uzyskać, ale chce jej dać super płaszcze, kupić jej samochód, jechać do Nowego Jorku, do Tokio, nie wiem gdzie jeszcze. I obrabuje bank. Weźmie pieniądze, żeby później być bardzo dobrym dla tej kobiety. To jest dziwne, nie? Z jednej strony to, a z drugiej ma wielkie serce i kupuje jej dom i to, i to, i wozi ją wszędzie. Niezgrabnie to robi, on zapomniał, że bierze pieniądze innych, czego nie powinien robić. Ale mimo to on szuka szczęścia, on chce miłości, ale jest w wielkiej ignorancji, bo daje cierpienie innym, żeby uczynić jedną osobę szczęśliwą – to jest głupota. [piszczenie] Coś piszczy? Pewnie moje ucho. Ach, już przestało. [śmiech]

I to jest dobre pytanie, bo w końcu my też robimy takie błędy. Nie zabijamy, nie kradniemy, ale kradniemy – na przykład: pracuję w jakimś biurze i biorę sobie karteczkę, bo żona czy koleżanka do mnie zadzwoniła, ja biorę tę karteczkę, która nie jest moja, zapisuję na niej wszystko, co ona mi mówi, i odchodzę. Codziennie kradniemy. Powinniśmy zapytać dyrektora: „Czy mogę użyć tej karteczki?” Miałem przyjaciela, który pracował w Air France, w Champs-Élysées, i kiedyś przyniósł mi pełno prezentów. Patrzę: trzydzieści długopisów, [śmiechy] notatniki Air France, pełno zeszytów, jeszcze takie kartony, gdzie się wsadza papiery, przyniósł mi pełno i się cieszy. A ja na niego patrzę i mówię: „Skąd to pochodzi?” – „A z Air France” – mówi – „ale to są prezenty.” – „Ale skąd?” – „Które daje się klientom.” A ja mówię – „Ale przecież ja nie jestem klientem. Spytałeś dyrektora?” – „O, nie muszę.” – „Jak to nie musisz?” I oddałem to. Dla niego to nie jest kradzież, bo on tam pracuje, ma pełno rzeczy, jest nimi otoczony, to takie naturalne, używa, co chce. A jak kobiety dzwonią do swojego fryzjera podczas pracy, każdy używa telefonu w swoich sprawach, to nie jest normalne takie rzeczy robić. Więc kradniemy. Więc trzeba wejść w tę subtelność coraz bardziej, trzeba uważać na rzeczy i nie robić byle czego. Dlatego otwieramy to oko podczas zazen, tę subtelność uwagi na ten subtelny oddech, który staje się coraz bardziej subtelny, aż prawie go nie odczuwam, ale tutaj się rozwinęło coś i myśl staje się bardzo subtelna. Już nie używam rzeczy tylko dla mnie, dla mnie i dla mnie, i dla mnie. To nie jest normalne. Nic nie jest moje. Ulica nie jest moja, nie mogę rzucać papierka na ziemię. Ludzie nie rzucają tylko skorupek [poprawia tłumaczka: skórek, śmiech] od bananów. Ale świat jest taki, społeczeństwo jest takie, co zrobić? Ile razy jestem zaskoczony w sklepiegdy szukam czegoś, ktoś jest przede mną z wózkiem, nagle się odwraca, buch! Wchodzi na mnie. Ludzie nie uważają w ogóle. Są wszędzie i nigdzie, nie są obecni i nie raz to mnie uderza. Coś się podnosi we mnie niedobrego nie raz, jak u wszystkich. Bo mogę to rozwinąć! [śmiech] Mogę to zostawić jako ziarno i szybko to puszczam, bo musiałbym się denerwować dwadzieścia razy w sklepie podczas tej pół godziny, kiedy tam jestem. Więc trzeba to rozbrajać cały czas. Właśnie tu zazen pomaga, właśnie widzę co się dzieje i… stopiło się jak śnieg, idę dalej.

  PytanieTo pytanie dotyczy mojej praktyki. Z biegiem czasu pojawiają się w polu świadomości różne elementy w środku: energie, napięcia, tym podobne rzeczy, stany emocjonalne. No i rok za rokiem jest tego coraz więcej. Ja podjąłem taką niejako automatyczną próbę, żeby pogodzić to, co w środku z tym, co na zewnątrz, ponieważ albo byłem w środku, albo byłem na zewnątrz – szczególnie jeśli były jakieś silne bodźce emocjonalne – i wtedy bez kontaktu ze sobą. Chciałem spytać, czy to jest w ogóle sensowne?

Trzeba być ani na zewnątrz, ani wewnątrz – pomiędzy, na środku.

  PytanieZwiązane z tym pytanie: bo zastanawiałem się w którą stronę… czy sensowne byłoby szukanie obserwatora?

Nie! Nie, nie, nie, nie: opuścić obserwatora.

  Pytanie: Jasne, dobra. [śmiech] Pytanie związane z samą praktyką: ja się nauczyłem poniekąd tak manipulować sobą, że potrafię się rozluźniać w trakcie praktyki. Pytałem tutaj o to, bo to mi troszkę nie pasowało. Ja myślałem, że mam biernie obserwować na przykład, jak jestem spięty. Czy można takie rzeczy robić za pomocą uwagi i oddechu, czy to po prostu puszcza z czasem?

Pewnie.

  PytanieMożna?

Tak, tak. Tylko to robić. To się nazywa myśleć, ale nie-myśleć.

  PytanieTeż pytanie o praktykę: bez celu, bez korzyści, ale również bez przywiązania – tak uczysz, Mistrzu. Siedzę bez celu i bez korzyści, nie wiem dlaczego siedzę, po prostu siedzę. Przychodzę i siedzę, tak mi się porobiło. Od dwóch lat siedzę i jest fajnie. [śmiechy]

Co się stało? [Mistrz nie dosłyszał ostatniego wyrazu]

  Tłumaczka: I jest fajnie.

Aha, jest fajnie. [śmiech]

  Pytanie: I zaczyna mi to pomagać w życiu, i ja widzę, że to pomaga. Dużo czytam, dużo myślę, zaczyna mnie to uspokajać w życiu. Choćby taki eksperyment: zdarzają mi się takie zazeny, gdzie jeszcze dobrze nie siądę i już jest dzwoneczek, i nie spałem, i to niesie ze sobą stany takiego głębokiego spokoju i w zasadzie szczęścia. Tu się rodzi przywiązanie, bo chciałoby się do takich stanów wracać. Czy to nie jest jakaś pułapka ego, które próbuje zatrzymać się w tym miejscu?

Nie trzeba się zatrzymywać.

  PytanieJak to przejść, dokąd dalej iść?

Nie ma dokąd iść. Każdy zazen jest nową aktualizacją tego zazenu, nie ma nic wspólnego z zazenami, które były przedtem. I nie ma gdzie się stabilizować w tym zazenie. Nieraz się mówi, że jest taki zazen na raka. Mówi się, że to jest piekielny zazen. Ja też mam nieraz piekielne zazeny, zdarza mi się nawet po 40 latach. Wystarczy, że mam spieprzony kręgosłup, jechałem autem, boli mnie cały kręgosłup, bolą mnie nogi, kolana, wszystko. I siedzę, i jest niełatwo, i siedzę w piekle po prostu. I nie szukam wyjścia z tego piekła, nie chcę – wiesz – takiego samadhi. Po prostu jestem z tym piekłem i nie ruszam się. Kiedy czujesz, że jakieś szczęście się podnosi, ja nawet tego nigdy nie czułem w zazen [śmiechy], to gdyby się pojawiło wielkie szczęście, to trzeba być z tym samym duchem. Jestem z tym szczęściem, ale nie próbuję sobie mówić: „to jest szczęście, to jest nieszczęście, to jest piekło, to jest raj”. To jest – jestem z tym po prostu, chwila za chwilą, jestem tym, co jest. Akceptacja tego, co się pojawia, nic więcej. Trzeba pozostawić wszystko, co się pojawia, pojawić się i być z tym nie odrzucając ani nie przyczepiając się, ani to, ani to. Właśnie to jest ta droga środka, o której Budda mówił. Ani tu, ani tam, akceptować wszystko, co jest, bez różnicy.

  Pytanie: Ja mam takie pytanie techniczne: na jakiej wysokości powinna być trzymana mudra? Do tej pory myślałem, że to jest około trzy palce od pępka.

Właśnie zauważyłem kilku ludzi, którym musiałem poprawić ręce. Normalnie dłonie powinny być na stopach. To znaczy, że tu na środku, w centrum musi być pępek.

  PytanieW środku tego okręgu, tak?

Otaczamy pępek, ale nie trzeba się do tego przywiązywać, zależy, czy macie stopy dobrze położone do góry, czy jesteście w półlotosie, czy w ogóle nie. Jeżeli nie możecie być w lotosie, to dłonie muszą odpoczywać na tym. To musi być naturalne, nie powinno być żadnego napięcia tutaj w łokciach albo w ramionach, albo w rękach. To musi przylegać naturalnie do brzucha. Voila, rozluźnić całe ciało. Wystarczy, żebyśmy trzymali wyżej – tak – napięci, po jakimś czasie zaczyna boleć wszędzie, oczy nam na wierzch wychodzą.

  PytanieMistrzu, co to znaczy głos wewnętrzny, co to jest?

Nie wiem.

  PytanieA rozmowa wewnętrzna, dialog, co to jest?

Aaa… to może być dużo rzeczy. Mogą informacje podnosić się ze świadomości Alaya, ona może tak sobie dyskutować, analizować rzeczy. Myśli mogą się wtrącić do tego, rozwijać, ale w tym nie ma nic poważnego. To są myśli, które się podnoszą. Nieraz te myśli mogą być interesujące, nie podczas zazen, tylko w życiu zaczynacie analizować coś głębokiego  to dobrze. Tak się zdarza. To się podnosi jak sen podczas nocy. Nieraz wpadam w takie analizy, można to nazwać dialogiem. Jeden człowiek napisał kiedyś książkę „Dialog z aniołem”. Jeżeli uważa alaję za anioła, to dobrze. Jeżeli to jest blondynka ze skrzydełkami, która fruwa – to niedobrze. [tłumaczka przełożyła przez pomyłkę na j. rosyjski: „to dobrze” – śmiech]

To haraszo też. [śmiech] Ale trzeba nie przyczepiać się do anioła, szczególnie kiedy jest blondynką. Żartuję. Drapiesz nos, czy masz pytanie? Masz pytanie. [śmiech]

  PytanieWracam jeszcze do tej porannej opowieści o barce pływającej po wodzie, pustej barce, która symbolizowała ego. Chciałem zapytać, czy ego powinno zniknąć całkowicie, czy powinno się zostać opróżnionym?

Dobre pytanie, nie wiem. [śmiechy] Bez ego całkowicie, to znaczy, że nie trzeba się zajmować tą barką, tym ego, nie trzeba się w ogóle nim zajmować. To jest dobre pytanie, właśnie Dogen sobie zadaje to pytanie. Na pewno zobaczył ten obraz chodząc tam, po Japonii. Dogen był często chory, był słaby i nie mógł spać, i spędzał prawie pół nocy zawsze na zewnątrz, patrzył na księżyc. Trzeba pamiętać, że w tych czasach nie było elektryczności. Księżyc to była nasza lampa wtedy. Nieraz miał lęki, które się podnosiły, bo ciało ma dużo problemów, jak jest chore, więc potrzebował tego światła i dużo napisał o księżycu i porównywał księżyc z naszą naturą właśnie, która błyszczy, kiedy jesteśmy jaśni. Na pewno więc zobaczył ten krajobraz, tę barkę, która tak dryfuje, która nie jest przyczepiona i która sama odeszła. Ten pejzaż, te fale, które uderzają, ten gładki wiaterek, który przechodził, to wszystko widział. I on zadaje pytanie, czy to jezioro daje wartość temu obrazowi, czy to jest ta barka, czy to są te fale, czy ten wiaterek, czy księżyc? Na końcu mówi: ani to, ani to, ani to. To jest ta całość, to jest ta całość, nasze istnienie to jest właśnie ten pejzaż, ta błyszcząca perła. I na przykład to, co tworzy tę harmonię tutaj, to jest cała sangha razem. I nie tylko sangha, ale wszystko, co jest tutaj, i dojo, i toalety, bo trzeba iść do toalety, inaczej nie byłoby harmonii, trzeba jeść – bez kuchni by nie było harmonii – i tak dalej, i tak dalej. To jest ta całość. Okolice, gdzie wychodzimy na ten świeży wiatr, kiedy uciekamy z dojo, nawet jeśli po to, żeby stać na nogach i pospacerować, i patrzeć na to niebo – to jest ta całość. Nie można nic rozdzielić. Zazen to jest dokładnie ta całość. Nie zajmuję się ego, ani oddechem, który jest jak wiatr, oddechem którym jestem, nie przyczepiam się do niego też, ani do barki, ani do niczego. Siedzę w tej całości i ta całość aktualizuje się jako pejzaż, ta całość jest pejzażem. I nie tylko to – zafu, wszystko, co odczuwam naokoło, cały świat zewnętrzny i wewnętrzny. To jest ta całość, więc nie możemy się przyczepić do czegoś. Właśnie trzeba być w tej całości cały czas. Nie być całkowicie zamkniętym w zazen wewnątrz i oddzielonym od zewnątrz i nie być tylko na zewnątrz, oddzielonym od wewnątrz. Obydwa razem, cały czas, bez różnicy, dlatego zostawiamy oczy na wpół otwarte – nie całkowicie otwarte i nie zamknięte podczas zazen – także jesteśmy na zewnątrz i wewnątrz razem. Świat nie jest rozdzielony na dwa, to jest jedyna świadomość, która nie jest ani na zewnątrz, ani wewnątrz, ona jest wszędzie. Więc nie zajmujcie się problemem ego, bądźcie tym pejzażem cały czas. To jest piękna poezja, bo to naprawdę uczy całkowicie, co to jest zazen.

  PytanieCzyli to jest kultywacja własnego istnienia bez kultywacji?

To się kultywuje samo, nie muszę być świadomy tego. Księżyc nie jest świadomy, że błyszczy nad jeziorem, jezioro nie jest świadome, że niesie tę barkę, barka nie jest świadoma, że płynie po jeziorze, i fale nie są świadome, że uderzają w brzeg, a brzeg nie jest świadomy, że jest uderzony. I w końcu nie będąc świadomym wszystko błyszczy, bez specyficznej świadomości. Niepotrzebna jest ta świadomość. Samo w sobie istnieje piękno i całkowitość. I ten nasz zazen jest taki właśnie. Nie trzeba niczego, całość jest na swoim miejscu, bez nikogo. Nie ma nikogo w księżycu, nie ma nikogo w jeziorze, ani w barce, ani w brzegu, ani w wietrze. A jednak to żyje pięknie. Człowiek myśli, że on musi o wszystkim decydować, kontrolować się, dominować, panować i tak dalej, i tak dalej. Głupie. Dlatego nie jest szczęśliwy i nie jest wolny. Żaden z tych elementów w tej poezji nie próbuje tego robić, a przecież jak wpadniecie w ten krajobraz, nagle brak słów i właśnie: nie ma słów i nawet nie ma myśli. Nagle ten krajobraz staje się mną, tak jakbym to był ja. To jest to piękno i wtedy rozpoznaję siebie – w barce, w księżycu, w brzegu, w wietrze. Nagle rozpoznaję, że to jest jedna i ta sama świadomość. Dlatego robimy zazen razem. Jestem sam, ale jednak odczuwam każdego w sobie, atmosferę, temperaturę, to jest ta całość. Nie jestem tylko sam, nagle otwieram oczy: a! są inni. To jest cały czas ta całość. Cały czas, non stop, dwadzieścia cztery godziny na dwadzieścia cztery. Powolutku z zazenem to się objaśnia.

  PytanieOstatnie może pytanie, czy zazen samemu lub w grupie to jest różnica w jakości?

Wielka. Wielka, bo jest atmosfera nadana przez innych, którzy robią zazen. Dogen mówił, że jeden kawałek drewna nie zrobi wielkiego ogniska, ale jak jest dużo drewna, to ognisko jest ciepłe i wielkie, i oświetlające. Oświecamy się jeden drugim, nie wiedząc o tym. A prócz tego kiedy chcę wstać, nie mogę uciec, nie mogę sobie powiedzieć: „zostanę tylko dziesięć minut i wstaję”. Tutaj trzeba czekać do końca, więc jest siła i inni nas też trzymają, pomagają rozwijać cierpliwość i iść dalej. Takich zazenów głębokich nie moglibyśmy robić sami, bo robimy zazen kiedy chcemy i ile chcemy, ale pewnie, że można prócz sesshinów, w dojo robić zazen, w domu u siebie albo gdzieś w przyrodzie. To nie przeszkadza, ale Budda mówił, że bez sanghi nie możemy daleko zajść. On właśnie widział przez całe swoje życie, że ci pustelnicy, którzy praktykowali dość silnie w górach, nie mogli zrozumieć do końca. Potrzebowali przyjść do niego i zadawać pytania, bo błąkali się. Oczywiście można robić zazen także samotnie. Lecz trzeba dostać dobrą naukę, żeby nie pomylić ścieżki, bo ego chce zawsze coś złapać, trzymać się czegoś, pewnej duszy, pewnego ducha, pewnego przykładu, ono boi się pustki, ono boi się nietrwałości. Myśli bardzo boją się tego, one pojawiają się, żyją i znikają. One mają przeszłość, teraźniejszość, przyszłość. Ta myśl chciałaby być stała i cały czas walczy, żeby być stała.

  PytanieA czy nie ma na to wpływu technologia, w ogóle cywilizacja, moim zdaniem tutaj jest pewne przyzwyczajenie od lat, że po pracy przychodzi się i włącza telewizor, ewentualnie – no przynajmniej ja to tak odczuwam – że nagły brak pewnego takiego schematu życia powoduje właśnie to rozdwojenie.

Tak, tak, tak. Mi się zdaje, że ja też oglądam telewizję i głupieję. Z zazenami, z sesshinami powolutku dużo rzeczy się zmienia. Już nie wpadamy w to. Nie potrzebujemy mieć hałasu cały czas obok siebie, światła i wszystkiego. Powolutku to odchodzi. Może przez to, że jesteśmy nie w jasności i nie w ciemności, kiedy robimy zazen, tylko w półmgle pomiędzy jasnym a ciemnym. Nie całkowicie ciemne, bo oczy są otwarte, nie jasne, bo nie patrzymy się na nic. Powolutku w naszym życiu zaczynamy potrzebować mniej rzeczy, mniej hałasu, mniej rozgrywek też. Jesteśmy prawie wystarczający – sami  mówię „prawie”, mimo że potrzebujemy wszystkich istot naokoło: piekarza, rolnika, szofera, tramwaju i wszystkich, i wiatru.

  PytanieCzyli na zewnątrz trzeba się też tak wypośrodkować troszeczkę jak w samym zazen?

Tak, absolutnie. Chodzić czując swoje ciało i też na zewnątrz rozumiejąc, co się dzieje, ale nie być tylko na zewnątrz albo zamkniętym w sobie. Zawsze tę równowagę znaleźć. Wiecie, to jest tak – dam ten przykład, bo jest Artur. To jest jak z ludźmi, co ćwiczą karate: trzeba z jednej strony być skoncentrowanym, odczuwać siebie, z drugiej strony zauważyć, czy tamten nie atakuje, bo inaczej, jeżeli patrzę na siebie, to dostanę, a jeżeli będę patrzył tylko na niego, zahipnotyzuję się i nie ruszę się. Trzeba widzieć obydwu cały czas, w ruchu tak objąć tę całość, być w tej całości. W środku, z zewnątrz – to tak ani tu, ani tu, ale tu i tu, i nie wiadomo czy tu, czy nie tu w końcu. To jest taka wolność, której już moja myśl nie pojmie, ona tego nie zna, ona panikuje. Myśl chciałaby żyć wiecznie, wiecznie chciałaby być piękna, nigdy się nie starzeć. Tutaj opuszczamy, omijamy to, nie ma się do czego przyczepić i tak to zniknie. Wszystko zniknie, ja też zniknę, na końcu wszystko znika. I trzeba aktualizować to znikanie, to jest super, być z tym znikaniem. Coś innego się pojawia, to jest zazen. Jeden wdech umarł, przychodzi wydech – jestem z nim, pach! umiera. I nie powtórzy się dwa razy ten sam, inny przychodzi – umiera. Uczę się powolutku, nieświadomie akceptować, że coś pojawia się i znika, nie przyczepiam się, nie próbuję zatrzymać. A to nie jest łatwe, jesteśmy ludzkimi istotami, trzeba dużo praktykować, mieć pewne zasługi i nie jestem pewny, czy na końcu wszystko będzie rozwiązane. A czy musimy rozwiązać, tego też nie jestem pewny. Musi coś pozostać, inaczej ciało nie może żyć. Mówiliśmy o intencji. Bez intencji ja w ogóle nie wstanę z tego krzesła, muszę mieć intencję by odejść, rano bez intencji nie wstanę z łóżka. Intencja jest dobra, tylko żeby ta intencja nie kierowała w stronę cierpienia, w stronę zła. Nie powinniśmy również przyczepiać się do dobra, które czynimy ze świadomością uzyskania korzyści. Bez intencji człowiek w ogóle się nie rusza. To jest taka pewnego rodzaju intencjonalna świadomość, która jest w nas i pozwala nam działać. Bez niej nic nie zrobimy.

Pozostańmy w kontakcie

Zapisz się na nasz Newsletter

Chcesz otrzymywać informacje o nowych naukach, artykułach i wydarzeniach? Zapisz się do naszej listy mailingowej!